Rowerowy Tata

R10 – 4 dni – 450km czyli jak tata spełnił swoje 🚴🚴🚴 marzenie – kompletny opis trasy – dzień 3.

Na wstępie warto zaznaczyć, że był to nasz najbardziej wyczerpujący i zarazem ekscytujący dzień wyprawy i zdecydowanie nic nie zapowiadało finału jak z Champions League. Na Klukach można jednak polegać jak na Zawiszy i będzie to po wsze czasy miejsce, które będziemy wspominać z rozrzewnieniem. Przede wszystkim w „planie” mieliśmy cel nadrzędny tego dnia, aby przejechać bagna „co by się nie działo”. Motywacja była ogromna i cały dzień kręciliśmy właśnie z myślą o mokradłach. Odcinek ten okazał się wisienką na torcie i jeśli ktokolwiek zapyta nas o najfajniejszą przygodę całej trasy, będzie to bezapelacyjnie i do samego końca właśnie nocna przeprawa przez bagienne Kluki!

Link do relacji video z 3. dnia, same bagna od 7:55 – naprawdę warto rzucić okiem, bo jest to idealny obraz tego, co może Was spotkać w Klukach!

Trzeci dzień z rzędu ciągłego pedałowania, gdzie w siodle spędzasz solidne kilka(naście) godzin, bywa często również tym najtrudniejszym, ponieważ organizm jest już na tyle zmęczony, że daje o sobie znać niezależnie od naszej formy i wieku. Zawsze tego dnia jest ciężko i z takim też „pozytywnym” nastawieniem wyruszaliśmy w drogę. Szybki rzut okiem w niebo, o dziwo nie pada, a pogodynka przecież mówiła co innego. Wiadomo: telewizja kłamie:).

Spakowani, powoli wytaczamy się na otaczające nas zimno, tzn ja ruszam się jak mucha w smole i oglądam plecy Brzozy z coraz to dalszej perspektywy i nie ma to nic wspólnego z nocą w łożu małżeńskim. O fochu nie może być mowy:)

Przebijamy się przez Darłowo i nie ma co ukrywać: jesteśmy solidnie zmęczeni, a przed nami, jak się finalnie okaże, najtrudniejszy dzień całego tripu. Mozolnie nabieramy jednak tempa i suniemy dalej

w stronę Jarosławca i od razu robi mi się o wiele raźniej, ponieważ w Jezierzanach spędziliśmy zaiste świetny tydzień tegorocznych, rodzinnych wakacji. Prawie codziennie wyruszaliśmy na wspaniałą, szeroką i bezparawanową plażę, znajdującą się na odcinku R10 pomiędzy Jarosławcem i Darłowem. Jest ona dostępna w sumie tylko i wyłącznie dla rowerzystów, co nam zdecydowanie odpowiadało: mało ludzi, cisza, święty spokój, czysta plaża, dzieciaki puszczone samopas na kilkaset metrów – dla nas to raj na ziemi.

Letnie, familijne przejażdżki to ciągle żywe wspomnienie lata i przy okazji też zupełnie inna rowerowa historia, jakże odległa od prawie 250 km w nogach i perspektywie kolejnych 120, gdy deszcz zaczyna sobie powoli kapać, a w dodatku wiatr wieje nam prosto w twarz. Na R10 wichry śmigają przeważnie z zachodu na wschód, no ale jakże mogło być inaczej, trzeciej doby zmieniły się na południowo-wschodnie, więc praktycznie cały dzień kręciliśmy „pod prąd”. Czasami brakowało nam epitetów, aby wyrazić swój podziw dla mitycznego Eurosa, bo żeby prawie stawać jadąc z górki?

Wytaczamy się za Darłowem na mistrzowski odcinek R10, biegnący między Bałtykiem i jeziorem Kopań. Widoczki że hej, klimacik petarda!

Praktycznie całość tego odcinka jest utwardzona, więc nie ma opcji, żeby się gdziekolwiek zakopać, mimo że to przecież suniemy po wydmach. Jedyne miejsce trudniejsze do pokonania to przejazd przez Kanał łączący Jezioro Kopań z Morzem Bałtyckim

a poza tym cały czas ścieżka i jeszcze raz ścieżka, w dodatku wiodąca w malowniczym otoczeniu lasu. Znakomita miejscówka na rolki, deskę, cokolwiek z kółkami. Szeroko, równiutko, w lesie nawet podczas upałów jest mikroklimat, że mucha nie siada.

Za chwilę zbijamy piąteczkę w locie z większą ekipą z naprzeciwka. Kręcą sobie zadowoleni, smagani wicherkiem w plecy – taaaaacy to pożyją:)

Kilka chwil i meldujemy się w Jarosławcu. Przyznam szczerze, jest to miejscowość jak każda inna w sezonie letnim: stragany, tłumy ludzi, kicz na lewo i prawo, zapach frytury i kebab rulez, ale zapewne są tacy, którym odpowiada tego typu relaks i bardzo dobrze. Każdy znajdzie coś dla siebie, a na rowerze z dzieciakami w każdej chwili można uciec od nadmorskiego zgiełku. Skoro już o dzieciach mowa, zapraszamy do odwiedzenia i polubienia i aktywności na naszym profilu na FB https://www.facebook.com/bajkids. Łączymy przyjemne z pożytecznym i miło nam będzie Was gościć!!!

Ale skoro już podczas lata spędziliśmy w Jarosławcu trochę czasu, coś tam kulinarnie liznęliśmy, więc z pełnym przekonaniem polecamy zupę rybną w restauracji Smaki Bałtyku (ogromna porcja pyszności z dodatkiem trawy cytrynowej – naprawdę coś wspaniałego. Najecie się na pewno.), oraz polędwiczki w sosie grzybowym w restauracji Ogrodowej (świetne miejsce, bardzo tłoczne, ale obsługa uwija się nader sprawnie).

Jeśli będziecie już w okolicy, to znakomitą atrakcją dla dzieci i dorosłych jest również, położony nieopodal Jarosławca, (co dziwne bo zupełnie nieoblegany, jakby niezauważony) Skansen w Starym Młynie – interesujący, dobrze zorganizowany, z mnóstwem eksponatów i zdalnym przewodnikiem. Warto wybrać się tam z dzieciakami, aby wiedziały, że mąka tak naprawdę na powstaje w lidlu:) Jest jeszcze jedna miejscówka związana z R10, która powinna zainteresować, w szczególności spragnionych cyklistów, czyli Bar Przystań, gdzie w plenerowym, letnim słońcu skosztujecie zimnego, lanego piwka w naprawdę rozsądnych pieniądzach.

We wrześniu jednak nie jest już tak kolorowo, bo zwyczajnie sezon się skończył i wszystko jest już pozamykane, więc zamiast pysznej zupy rybnej, polędwiczek, czy nawet piwka, zmuszeni zostaliśmy do posiłku a la baton i kolejnych łyków izotoniku z bidonu. Nie ma tego złego, ale gorąca zupa rybna marzyła nam się od samego rana, oj marzyła…

Kaliber 44 rapował w „Normalnie o tej porze”, że „…jakby tego było mało kurewsko się rozpadało, oprócz gotówki nic już z planów nie zostało…”, a nam się tylko trochę rozpadało, do tego plan nadal obejmował przebitkę przez Kluki i dojazd do samej Łeby. Pedałujemy zatem z mozołem, znowu odjeżdżając od morza w stronę lądu. Mamy do przekręcenia jakieś 30 km do Ustki, gdzie zamierzamy wciągnąć regeneracyjny lunch. Zanim tam jednak dotrzemy, musimy się mozolnie przedrzeć przez odcinek R10, o którym zwyczajnie chcielibyśmy zapomnieć. Przede wszystkim wiatr dawał nam się we znaki, a już widok farm wiatrowych, zwiastował jeszcze większe trudności. Same wiatraki wydawały się zadowolone i machały do nas raz po raz pozdrawiając z góry. Na dole natomiast trwała walka…

w naprawdę różnorodnym terenie: od szutrów, po piachy, błota i wreszcie piękne asfaltowe ścieżki – cały czas wzdłuż szlaku R10. Gdyby nie ta różnorodność, zapewne umarlibyśmy z nudów, a tak przynajmniej coś się działo, non stop, coś. Gdyby jeszcze tylko przestało wiać…

Nie przestało, a nam kończyła się powoli motywacja, więc postanowiliśmy zrobić mały pit stop w GSie w Zaleskich – weź i zrób Pan z tego tekst na wizytówkę:)

Wjechały pączki i dały nam od razu niezłego kopa energetycznego,

aby nie tylko siłą woli dotrzeć do Ustki, gdzie znowu oznaczenie R10 ginie w miejskim gąszczu. W sumie nie jest to wielki problem, bo zawsze można się podsuportować guglem lub mapy.cz, ale mądre głowy mogłyby to ciut lepiej ogarnąć. Zachodniopomorskie wypada pod tym względem wręcz wzorowo, a Pomorskie? No cóż, można lepiej i nie za bardzo kumam, w czym tkwi problem, że gdzieś się da, a gdzieś już jednak nie do końca.

Znajdujemy niedaleko portu fajne bistro, gdzie grzejemy silniki i delektujemy się lekkim podziwem przechodniów. No tak, jest potwornie zimno, wieje że hej, nadciągają deszczowe chmury, ale my przecież nie wymiękamy! Kozacy na trasie! Wciągamy z gracją tosty i kawkę w Bistro kanał delektując się ciepełkiem.

Jesteśmy wreszcie co nie co wypoczęci, ubieramy się więc dużo cieplej i ruszamy dalej smakować morskiej bryzy, szumu fal i lekkości wiatru. Trzeba przyznać, że tego dnia żarło żeglarzom, oj żarło. Sunęły żaglóweczki jedna za drugą.

Sam wyjazd z Ustki początkowo wygląda iście imponująco, tym bardziej, że w lesie wiatru niet. Taki ścieg kończy się jednak po kilkuset metrach i wjeżdżamy znowu w leśne dukty,

a potem w ten cholerny otwarty teren, gdzie w dodatku szuter zamienił się w niezłe błoto.

Fajnie się poślizgaliśmy i nawet były wyścigi z terenówką, a na samym końcu zobaczyliśmy wiatę rowerowa w miejscowości Wytowo i bez przystanku pojechaliśmy dalej, bo zimno wszędzie, głucho wszędzie i stawać nie wypada przecież.

Smagani zefirem łakniemy jakiejkolwiek osłony, najlepiej leśnej i co jakiś czas udaje nam się spełnić tę zachciankę:) Mamy dość tego pieprzonego wiatru. Niech natura da już sobie spokój i nam odpuści. Olo Ratuj!

Jeśli jest ciężko, to miej zawsze na uwadze, że może być jeszcze ciężej. Jedziemy już N-ty kilometr w otwartym terenie, wśród pól, łąk i żeby tego było mało, przed samymi Rowami do sił natury dołącza również potęga ludzkiego umysłu: betonowe, dziurawe płyty, w wielu miejscach po(nie)układane. Przypuszczam, że okoliczni rolnicy mogą być ukontentowani i dla nich jest to zbawienie. Dla nas zdecydowanie nie i niech was dunder świśnie! Na siłę szukając plusów, pocieszamy się, że przynajmniej rowery nam się kapeńkę otrzepały z błota:)

Wjeżdżamy do Rowów, „cali na biało”, w blasku słońca (jedyny i ostatni raz tego dnia).

Znajdujemy idealne miejsce na cukrowy złoty strzał i zdając się na sugestie przesympatycznej Pani zza lady, wybieramy gofry full opcja z bitką śmietką i owocami. Truskawki we wrześniu smakują wybornie chyba tylko w Rowach:)

Turystów już niewielu, zimno dookoła i jeszcze ten wiatr daje się we znaki nawet na postoju. Trzeba jechać, nie ma co.


Mała czarna pobudza nas do dalszej walki, więc pakujemy mandżury i meldujemy się przy kasie Słowińśkiego Parku Narodowego.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie 29-2.jpg

7 PLN kosztuje wejście do Parku Narodowego i po chwili jasne staje się dla nas, że taka opłata ma faktycznie sens. Nie wiem do końca, czy jest to podświadome działanie, czy jednak my jako Polacy, płacąc za cokolwiek, zwyczajnie to bardziej szanujemy? Zdajemy sobie sprawę, że to jest ważne, że ktoś nad tym czuwa? W sumie to obojętne. Opłata jest symboliczna i najważniejsze: na całym odcinku Parku nie napotkaliśmy ani jednego śmiecia i nic nie było zniszczone – brawo My! Może zwyczajnie dojrzewamy jako społeczeństwo? Oby, bo tak prosta sprawa, a przynosi nam wszystkim ogromne korzyści!

Sam Park jest bardzo zróżnicowany i początkowo pośród drzew kręci nam się wybornie.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie 32-2.jpg

Krajobraz jest zmienny od lasów iglastych po liściaste, od terenów zamkniętych po zupełnie otwarte, a podłoże w większości utwardzone – w lecie może być piaszczyście.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie 33-3.jpg

Mimo że jesteśmy już potężnie zmęczeni, a wiatr nadal nie odpuszcza, pedałujemy z nieskrywaną radością. Zbliżamy się do naszego celu nadrzędnego, do naszej Mekki, wisienki na torcie: Kluki welcome to! Juuuu-huuuuuu🚴🚴🚴. Wreszcie weźmiemy się za bary z bagnami!

Zanim jednak dotrzemy do mokradeł, musimy się przedrzeć przez kolejny zupełnie odsłonięty teren, gdzie wiatr „sprzedaje nam kolejnego liścia”. O betonowych płytach też już było? no to proszę bardzo! Dostrzegamy jednak mały detal, który zmienia postać rzeczy i wywołuje nieopisaną radość w naszych sercach: Brzozy obgryzione są przez bobry, ha! Albercik!!! Skoro one tutaj są, to my też możemy:)

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie 35-2.jpg

W powietrzu czuć solidną dawkę wilgoci. Widać, że dookoła jest mokro i dość ponuro. Jedynie krowy zdają się być tym faktem kompletnie niewzruszone, a my? Jesteśmy głodni jak wilki. Czy jest tu jakiś koń z kopytami? Do miejscowości Kluki zostały nam jakieś 4 km, a tam na pewno zjemy ciepły obiadek, odpoczniemy i weźmiemy się za bary z bagnami! Bo dobry plan to podstawa sukcesu, więc z bojowym nastawieniem wjeżdżamy do Kluk.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie 37-2.jpg

Rozglądamy się na lewo i prawo, szukając jakiejkolwiek restauracji, aż po chwili docieramy do końca miejscowości, gdzie okazuje się, że dosłownie wszystko jest zamknięte. Ludzi zero, nie ma nawet kogo zahaczyć i podpytać. Stoimy jak te dwa ciule na środku drogi, staramy się złapać zasięg, deszczyk zaczyna sobie powoli kapać i włącza nam się stan kompletnego zobojętnienia, a zjeść musimy, nie ma innej opcji!

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie 38-1.jpg

Nie mamy siły na narzekania, nie wspominając o nerwach. Jak mawia klasyk, co zrobisz jak nic nie zrobisz? Kręcimy zatem z powrotem do miejscowości Łokciowe, gdzie minęliśmy wcześniej znak „ryba z pieca” i pełni nadziei docieramy do restauracji Stodoła.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie 40-2.jpg

Jesteśmy uratowani i jak dzieci uradowani. Wbijamy do środka, a tam pusto. Kucharka minęła nas w bramie, bo „ludzi już nie było”, ale dlaczego, widząc nas, przyspieszyła kroku? Zjemy dosłownie cokolwiek, aby było ciepłe. Zamawiamy na starcie po regionalnym piwku, swoją drogą smakowite to Łebskie, a sami właściciele zaczynają się przyjaźnie krzątać, by zadbać o strawę dla podróżnych. Robi nam się naprawdę miło, dostajemy po talerzu gorącej zupy oraz info, że piec już się nagrzewa i zjemy flagowe danie czyli rybę z pieca! W TV sobie coś tam pogrywa i wtem orientujemy się, że przecież Polska gra ze Słowenią w siatkę. Lepiej być nie może. Czujemy się jak u siebie w domu, chwytamy pilota i dalej kibicować Naszym!

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie 41-2.jpg

W międzyczasie właściciel opowiada nam co nie co o sowich korzeniach. Zdjęcia na ścianach obrazują jego przodków, którzy ciężko pracowali w tymże właśnie regionie. My tu gadu gadu, a na stół wjeżdża creme de la creme: RYBA Z PIECA! Mówcie co chcecie, ale dla nas była to najlepsza ryba jaką kiedykolwiek jedliśmy. Przepyszne danie, doskonale przyprawione, zapiekane z warzywami, istna petarda dla kubków smakowych. Warto było zawrócić i nadłożyć kilka kilometrów, bez dwóch zdań.

Faktem jest, że najtaniej nie jest, ale szczerze mówiąc, na trasie R10 jest to pozycja obowiązkowa i jeśli tylko znajdziecie chwilę, wpadnijcie koniecznie do Stodoły!!!

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie 42-2.jpg

Z ciężkim sercem żegnamy się z Gospodarzami i ruszamy ku klukowej przygodzie. Julian Tuwim i jego „Lokomotywa” doskonale oddają obraz naszego poobiedniego startu: „Stoi i sapie, dyszy i dmucha, żar z rozgrzanego jej brzucha bucha”. Mimo wszystko nakręcamy się bagnami i zachodzimy w głowę, czy zdążymy przed zmrokiem, choć z góry wiadomo, że nie zdążymy, skoro jest już grubo po osiemnastej. W sumie to bez znaczenia. Mijamy po raz drugi wioseczkę Kluki i wbijamy na pierwszy podest.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie 43-1.jpg

Rowery mamy solidnie dociążone przede wszystkim z tyłu. Sakwy ważą naprawdę sporo, plus namiot i karimaty (przecież mieliśmy jechać tydzień wcześniej, gdy było słonecznie i miał być grany plener), co znacznie zwiększa trudność pokonywania podestów i głębokich kałuż. Są one niepozorne, a jednak koła zapadają się baaardzo głęboko.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie 44-1.jpg

Robi się coraz ciemniej, a sam teren jest z każdym metrem bardziej podmokły. Na szczęście podesty pozwalają nam bezpiecznie pokonywać mokradła, choć samo wjeżdżanie na nie wymaga sporego wysiłku. Jaramy się jak dzieciaki. Fun jest przeogromny. Wreszcie tego dnia bawimy się jak należy. Kręcimy i nie rozglądamy nawet na boki – cel jest jeden: dojechać!. Brzoza przodem „nawiguje” pomiędzy szuwarami i ciągiem błotnym. Fajnie, że nie ma wielu momentów, kiedy trzeba stawać i wtaczać rower na podest, a ten wyjątek tylko potwierdza regułę:)

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie 46-2.jpg

Kamerka nie ogarnia już światła i jakość nagrania niestety drastycznie spada. Spadam też ja w głęboką kałużę i zaliczam jedyną glebę podczas całej wyprawy. Lecę w szuwary jak długi i jest to całkiem przyjemny upadek – miękko, mokro i całkiem bezpiecznie. Adrenalina załącza się na chwilę i czuję pewien rodzaj radości bo przecież pokonał mnie nie byle kto… potężna siła natury w postaci tej oto kałuży:)

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie 47-1.jpg

Gramolę się na siodełko i czuję, że sił mam już naprawdę niewiele. ponad 100 km w nogach, pod wiatr, trzeciego dnia, daje o sobie znać. Teraz rządzi psychika i walka z samym sobą, ale skoro Pan Adrian Kostera ukończył 5-krotnego Ironmana (19 km pływania, 900 na rowerze i 211 biegu – te liczby są nie do ogarnięcia, jak on tego w ogóle dokonał?!) to my też musimy dać radę. Już niedaleko, kilka podestów, machnięć kierownicą, meldujemy się na mostku i

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie 48-1.jpg

jesteśmy święcie przekonani, że to już koniec bagien. YES! We did it! Daliśmy radę i to wcale nie było nic trudnego! Ludzie to przesadzają, jak zwykle w realu rzeczywistość jest zupełnie inna. Phi! Przybiliśmy piątkę, zrobiliśmy sobie foteczkę – no silne, dzielne chłopaki, wypisz wymaluj! Dzieciaki będą z nas dumne! Bohaterowie dnia:)

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie 49-1.jpg

Wsiadamy na rowery, ufni intuicji, bierzemy zakręt w lewo i naszym oczom ukazuje się taki oto widok. Śmiejemy się pod nosem, bo natura wycięła nam niezłego figla.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie 50-1.jpg

Dociera do nas, że żarty się skończyły i dopiero teraz zaczyna się prawdziwa przygoda. Zniknęły podesty, zaczęła za to karkołomna walka z mokradłami. Do tej pory mogliśmy niedowierzać słowom Pana Gospodarza Stodoły, który gestem pokazał, że umoczymy się po kolana. Nie kłamał, rowery zapadały się po same osie, błoto wdzierało się dosłownie wszędzie. Taszczyliśmy sprzęt po ciemku, starając się unikać zatopienia i już zupełnie obojętne nam było, po czym idziemy. Oby tylko po raz kolejny nie wyciągać roweru z głębokiej kałuży. Byliśmy już naprawdę styrani, do tego stopnia, że nasz własny oddech wydawał się czymś zupełnie obcym. W tym miejscu zdecydowanie polecam relację video, bo ona najlepiej oddaje, to co nam się przydarzyło w Klukach:)

W końcu, z nieskrywaną ulgą wydostaliśmy się z bagien. Sprzęt spisał się znakomicie i sobie też nie będziemy odbierać pochwał, na które zaiste zasłużyliśmy: Dobra robota Panie Brzoza!

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie 53-2.jpg

Zostało nam dosłownie kilka kilometrów do samej Łeby, więc dalej jechaliśmy niesieni falą endorfin. Do czasu, aż Brzozie w środku lasu nawywijał łańcuch, ale od czego jest zaplecze techniczne? Serwis rowerowy Vuelta pomaga również nocą! Jedyne co nas zastanawiało, to świecące oczy, które mignęły nam kilkukrotnie, ale wybaczcie, nie stawaliśmy, żeby sprawdzić, co w trawie piszczy:)

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie 56.jpg

Dotarliśmy do celu po ponad 12 godzinach w trasie, umordowani, ale szczęśliwi i zbudowani pokonaniem łącznie ponad 125 kilometrów pod wiatr, aby finalnie pokazać bagiennym Klukom, kto tu rządzi!!! Rowery aż się prosiły o solidne czyszczenie, więc zajechaliśmy najpierw na myjnię, żeby sprzęt obmyć trochę z błota.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie img_20210918_210519-1.jpg

Niech o trudach przeprawy przez mokradła świadczy stan naszych „górali” następnego ranka, gdy ku naszemu zdziwieniu, nocna myjnia na niewiele się zdała…

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie img_20210919_091718-1.jpg

Trzeba zatem czwartego dnia najpierw zadbać o sprzęt i pozbyć się błota, ale najpierw szybka pryszka i w kimę. Tego wieczora to już nawet żadna gadka nam się nie kleiła i dobrze bo w perspektywie mieliśmy przecież dzień kończący, epilog naszej epopei:)

Jestem aktywnym rowerowym Tatą, żyję każdym dniem i doceniam to co mam i cieszę się z małych rzeczy. Chcę aby dzieciaki miały najlepsze możliwe dzieciństwo, pełne aktywności fizycznej, aktywnego poznawania świata bez telefonów, tabletów i social media. Pracuję nad tym każdego dnia. Poza tym założyłem z przyjacielem serwis rowerowy i promujemy lekkie rowery dla dzieci bo sprzęt robi niesamowitą różnicę. Uwielbiam rower i uważam, że aktywność fizyczna poprawia nasz komfort fizyczny i psychiczny i mam nadzieję, że miło się Wam czyta moje wpisy:)

Leave a Reply

%d bloggers like this: