Rowerowy Tata

Gruzja na rowerze – Gruzińską Drogą Wojenną pod lodowiec Kazbegi

Poniższy opis jest autentyczną relacją z naszej rowerowej wyprawy Gruzińską Drogą Wojenną, prowadzącą pośród kaukaskich szczytów ze stolicy Gruzji, Tbilisi, pod lodowiec Kazbegi. Akcja ma miejsce dziesięć lat temu i jest to dla mnie czas jeszcze przed rowerowymi projektami, którym obecnie mam przyjemność patronować: http://www.bajkids.pl i https://www.vuelta.waw.pl/ łącząc przyjemne z pożytecznym.

Rower towarzyszy mi od dziecka, jest pasją, której się oddaję i którą jednocześnie zarażam nasze dzieci, przyjaciół tych bliskich i dalekich. Rower daje nieograniczone możliwości zwiedzania świata w szybkim tempie, zobaczenia rzeczy niedostępnych i przeżycia przygód, które tworzą niezapomniane emocje, doznania, budują nas nie tylko fizycznie, ale i mentalnie. To właśnie dzięki rowerowi miałem okazję przeżyć jedną z ciekawszych przygód życia.

Rok 2012 to w Polsce przede wszystkim temat Euro i szybko rozwiane nadzieje piłkarskie, ale dla nas był to również czas rowerowej przygody w Gruzji, którą z pewnością zapamiętamy do końca życia!

Skala przeżyć, emocji, wspomnień po dziś dzień jest kopalnią, w której odkrywamy ciągle coś nowego. Ilość przygód, doświadczeń, kulturowych smaczków jest ciągle żywa i jest również najlepszym dowodem na to, że warto robić rzeczy, na które w normalnym życiu, być może, byśmy się nie zdobyli. Realizujmy marzenia i spełniajmy te nawet najbardziej skryte, bo po to właśnie jest życie!

A było to tak:

Jest rok 2012 i podczas meczu Włochy-Irlandia poznaję Marcinasa, kolegę kolegi mieszkającego w Poznaniu, który zapewnia nam dach nad głową podczas meczu Euro. Na miejscu okazuje się, że Marcin ma w planie trip do Gruzji z kumplem Jackiem i przejechanie rowerem Gruzińskiej Drogi Wojennej. Jeżdżę ostatnio bardzo dużo, więc spontanicznie dołączam do ekipy. Plan jest, ale jakby go nie było:) Nieważne. Rowery ogarniemy na miejscu, bo właścicielem hostelu w Tibilisi jest Polak, Kuba, i obiecuje wszystko załatwić. Bilety lotnicze kupione, więc za niecałe 2 tygodnie wsiadamy do samolotu i lądujemy w Tibilisi. Zbieramy mandżury i pierwszym autobusem kierujemy się w stronę centrum miasta, do naszego polskiego hostelu. Po drodze jednak poimy się co chwilę, bo upał jest nie do zniesienia. Ponad 40 stopni plus dramatyczna wilgotność. Pijemy w każdym dostępnym wodopoju, na szczęście w stolicy Gruzji jest ich całkiem sporo.

Znajdujemy budkę z lodami, które, zaraz po nałożeniu, roztapiają się w oka mgnieniu. Upał jest naprawdę trudny do zniesienia, klimat nigdzie w Polsce niespotykany. Jest z nami Jacek, opatrzność, zdrowy rozsądek i przede wszystkim osoba dbająca o realizację podjętych założeń. Dzięki Jaca, bo bez Ciebie moglibyśmy nie dojechać nigdzie, a i Ty sam, na rowerze z piastą planetarną, dałeś radę objechać Gruzińską Drogę Wojenną bez ani jednego „kapcia” – szacun!

Docieramy do hostelu spoceni jak jeszcze nigdy w życiu. Wszędzie szumią wentylatory i tak przez całą dobę. Okazuje się, że nasze rowery mają dotrzeć następnego dnia, więc korzystamy z uroków miasta, które w wielu miejscach wygląda dość „spektakularnie”

I w takim samym stopniu jest przepięknym, urokliwym, wspaniałym miejscem godnym odwiedzenia

Jak się okazuje, w Gruzji czas jest pojęciem względnym, więc na rowery czekamy 2 dni i wolne chwile wykorzystujemy na rozejrzenie się po mieście, integrację i poznanie zwyczajów tubylców. Wino jest przepyszne i kosztuje grosze, aż głupio odmówić. Najlepsze jest świeże i chodzi właściwie o sok winogronowy dostępny w wybranych sklepach. Piwo jest rozcieńczone i idealne na wszechobecny upał. W międzyczasie kosztujemy narodowych specjałów kuchni gruzińśkiej: chincali, chaczapuri i pochłaniamy hektolitry wody. Muzyka gra wieczorami, bo tylko wtedy upał mniej daje się we znaki i robi się nawet całkiem znośnie.

W końcu otrzymujemy nasz wymarzony sprzęt, który „nieco” odbiega od oczekiwań. Trudno jest jednak mieć do kogokolwiek pretensje w tak przepięknych okolicznościach przyrody. Jaca ma najgorzej, bo jemu przypada rower miejski z 3 biegami w piaście. Przez krótką chwilę zastanawiamy się, jak my w ogóle na tym dojedziemy pod sam lodowiec. Docinamy scyzorykiem opony, aby nie ocierały o ramę, na siłę regulujemy przerzutki, serwis pełną gębą, pakujemy sakwy i ruszamy w stronę upragnionej przygody. PS. Niby Trek, Scott, Kettler, ale w każdym coś nie gra, no ale w Gruzji nikt nie patrzy na takie niedociągnięcia, przecież nikt tam praktycznie nie jeździ na rowerze. W trasie mijamy tylko nielicznych obcokrajowców.

W Gruzji nie patrzy się zbyt przychylnie na rowerzystów (przynajmniej w 2012 roku) i jest to doznanie dość ciekawe, bo przedzieramy się prze miasto na całego. Od lewej do prawej, tak, jak samochody, marszrutki i autobusy. Tutaj nikt nie bierze jeńców i każdy znajduje miejsce dla siebie. Choćby poboczem. Linie namalowane na jezdni nie mają specjalnego znaczenia. Temat kultury jazdy i motoryzacji w Gruzji to zupełnie osobna kwestia, tak jak i cały ten z jednej strony przepiękny (krajobrazowo, społecznie) i jednocześnie paskudnie zaśmiecony kraj. Dysonans widać na każdym kroku, a jednak finalnie Kaukaz zasłania wszelkie niedociągnięcia. Potęgę gór można poczuć tylko będąc tam na miejscu i gorąco polecam każdemu wizytę w tym rejonie świata – wspaniałość, której nie odda żadne zdjęcie, ani najlepiej skrojony tekst, to trzeba poczuć na własnej skórze. Siła natury widziana z bliska, z poziomu roweru robi nadzwyczajną robotę!

Z samego rana, przed upałem, wydostajemy się z miasta i przez jakiś czas jedziemy ichniejszą autostradą, dwa pasy w każdą stronę, wszyscy zasuwają jak szaleni, a my na rowerkach po poboczu zastanawiamy się, czy zaraz nie zjawi się patrol uprzejmej policji. Na szczęście jest czysto. Dobijamy do pierwszego celu, jednego z najstarszych miast Gruzji, Mccchety. Wszystko jest pozamykane, więc decydujemy, że zwiedzimy je „na powrocie”. Na naszej drodze spotykamy pierwszego, ale na pewno nie ostatniego, bezpańskiego psiaka, których w Gruzji są naprawdę nieskończone ilości. Odpalamy psinie kawałek chleba z fasolą i ruszamy dalej ku przygodzie.

Po drodze zatrzymujemy się na najlepsze w życiu arbuzy. Tego smaku nie zaznamy nigdy w Polsce, pewne jak w banku, co to w ogóle był za poziom słodkości. Petarda!

Pojedzone, to jedziemy dalej i w sumie bez żadnego ciśnienia, czasu mamy w opór, „namiot” jest z nami, więc kręcimy dalej w stronę Ananuri, twierdzy z przełomu XVI/XVII wieku.

Po drodze natrafiamy na takie widoczki, dech zapiera i ten kolor wody… coś wspaniałego.

Po południu dokręcamy do Ananauri i wałęsamy się po zabytkowych zabudowaniach twierdzy. Turystycznie Gruzja w 2012 roku jest jeszcze w powijakach. Jedyne miejsca jakkolwiek ogarnięte to sakralne wnętrza, do których należy wchodzić w długich spodniach, a kobiety winny mieć również zakryte włosy.

Z poziomu twierdzy ukazuje nam się taki oto widok, nie jest źle:)

i już wiemy, gdzie spędzimy najbliższą noc, choć jeszcze nie wiemy, co nas czeka:)

Jezioro z daleka wygląda przepięknie, ale wejść do niego niestety nie ma jak. Zapadamy się po kolana w mule i wszędzie napotykamy dosłownie tony śmieci i krowich placków, bo krowy, prawie jak w Indiach, są w Gruzji traktowane z należytym szacunkiem. Wszystko im wolno, chodzą samopas i robią dosłownie co chcą. Stąd zapewne tak soczyste szaszłyki wołowe, których mieliśmy okazję skosztować. Lepszej wołowiny w życiu nie jedliśmy.

Rozkładamy namiot i okazuje się, że Marcinas ogarnął sprzęt 3-osobowy z Tesco za całe 49,99 PLN – zupełnie serio:) Jest jak jest, nie ma co marudzić, przecież jest ciepło i na bank nie będzie padać. W nocy nie pada deszcz, ale leje się z nieba jak z cebra, do tego burza i silny wiatr. Namiot jakimś cudem rano jeszcze stoi, za to my suszymy się cali, jesteśmy kompletnie niewyspani, ahoj przygodo! Miny mówią zresztą same za siebie.

Suszymy się do śniadania i po dłuższej chwili wsiadamy, aby kręcić dalej, aby do Kazbegi. Rano jeszcze było znośnie, ale teraz już upał daje się we znaki.

Po drodze szybka kąpiel w lodowatej rzece, Marcinas był najtwardszy i postanowił się porządnie opluskać.

Robi się stromo, non stop pod górę, znaczy się, jedziemy w dobrym kierunku i wszędzie znowu krowia brać. Najlepiej na środku drogi, ale serio nikogo to nie dziwi. Krówki są niewrażliwe na klaksony. Trzeba się zatrzymać i poczekać, aż się łaskawie przesuną.

Po kilkudziesięciu kilometrach opadamy z sił, szukamy zatem noclegu i najchętniej skorzystalibyśmy z tej osławionej gruzińskiej gościnności. Namiot nam się zupełnie nie uśmiecha po poprzedniej „kąpieli nocej”. W górach miejscowości jest już niewiele i w pierwszej napotkanej nie znajdujemy żywej duszy, poza jednym jegomościem, z którym próbujemy się jakoś dogadać. Znamy trochę rosyjski, ale idzie nam, jak po grudzie. Pan nam chyba tłumaczy, że zaprowadzi nas w miejsce, gdzie znajdziemy dach nad głową. Trzeba tylko podejść kawałeczek pod górę, a tam będziemy mieli idealne warunki na rozłożenie namiotu. No weź nie zaufaj tak sympatycznej facjacie.

„Kontrola najlepszą formą zaufania” mawiał „najsłynniejszy” Gruzin na świecie Stalin, a my daliśmy się uśpić, albo zwyczajnie nie skumaliśmy, że gość jest w stanie wskazującym a i chyba ma nierówno pod sufitem. Pokazuje nam cmentarz i tłumaczy na migi, że to idealne miejsce na rozłożenie namiotu. W pewnej chwili zza krzaków wyłania się jakaś starsza pani, która z marszu zaczyna rugać jegomościa. Stoimy jak wryci i naprawdę nie wiemy, co robić. Słońce zachodzi, zaraz będzie ciemno, a my jesteśmy pośrodku niczego, ze stale uśmiechniętym Gruzinem, oferującym nocleg w szczególnych okolicznościach przyrody.

Nasz przewodnik orientuje się, że nie chcemy spać na cmentarzu i macha do nas rękami, że tam dalej, kawałek pod górkę, jest już naprawdę idealne miejsce na nocleg. Pchamy nasze „sprzęty” pod górę, ledwo już idziemy. W końcu porzucamy wszystko poza „namiotem” i śpiworami w środku górskiej łąki i dochodzimy do naszej wymarzonej miejscówki…

Gruzin ulatnia się tak szybko, jak się tam znalazł i szczerze mówiąc, może i dobrze. Nie mamy sił na szukanie alternatywy, więc postanawiamy rozbić obóz na szczycie wzniesienia. Po chwili okazuje się, że dołączają do nas dwie dziewczyny z Polski, trochę wystraszone perspektywą samotnego noclegu w dziczy i chyba nas widziały z dołu, ale za to jaki mają namiot – chciałoby się mieć taki.

Pech chciał, że nie mamy ze sobą zbyt wiele jedzenia, kilka kawałków gruzińskiego pieczywa, który być może uratowały nas w nocy z opresji, a jakiej? Otóż za Gruzinem podążało również wielkie, przepiękne psisko, które łasiło się do nas również po odejściu „Pana”. Pies jest naprawdę ogromy, i choć sami nie mamy zbyt wiele do jedzenia, odpalamy kumplowi kilka kawałków pieczywa. „Namiot” rozstawiony, zęby umyte, więc pora spać. Tej nocy burza jest jeszcze większa, oklejamy namiot naszymi kurtkami i szarą taśmą, żeby się doszczętnie nie rozleciał. Jakoś dajemy radę, choć woda w nogach zwyczajnie chlupocze. Nic to jednak wobec odgłosów, które docierają do nas z odległości kilku metrów. Tuż obok nas walczą ze sobą jakieś dzikie zwierzęta. W Polsce, w nocy czasami na wsi słychać walki kotów, ale to co słyszymy na pewno nie jest żadnym dachowcem. Nie mamy najmniejszej ochoty tego sprawdzać. Jesteśmy wszyscy totalnie przerażeni, każdy odsuwa się od ścianek namiotu, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. Nóż i gaz pieprzowy zostały gdzieś na łące, kilkadziesiąt metrów niżej. Finalnie, po jakimś czasie, walka ucicha, a my zasypiamy z duszą na ramieniu, w kompletnie przemoczonych śpiworach. Rano budzimy się, otwieramy namiot i naszym oczom ukazuje się widok wcześniej dokarmianej psiny. To nasz bohater nocy i naprawdę nie wiemy, z czym walczył, ale jesteśmy wdzięczni za pomoc w potrzebie. W nocy działo się grubo i na szczęście karma do nas wróciła. Dzięki psiakowi być może udało nam się uniknąć większych przygód. Jedno jest pewne, spanie na dziko w Gruzji to nie jest najlepszy pomysł i zdecydowanie zawsze warto mieć dobre serce dla zwierząt!

Bez śniadania zabieramy nasze porzucone na łące rowery i kierujemy się z powrotem na Gruzińską Drogę Wojenną. Dość już tych wrażeń.

Chcemy tego dnia koniecznie pokonać góry i dojechać do Kazbegi – celu naszej wyprawy.

Początkowo podjazd nie jest specjalnie stromy, kręcimy jednostajnym tempem i szukamy jakiegokolwiek sklepu, knajpy, żeby coś zjeść i nabrać sił przed rowerową wspinaczką.

No ale weź ogarnij cokolwiek do jedzenia w takim miejscu:) Pusto wszędzie, głucho wszędzie. Pedałujemy dalej na głodniaka i zaczynamy sekwencję kilkunastu serpentyn z kątem nachylenia rosnącym za każdym zakrętem.

Całe szczęście po drodze trafiamy przynajmniej na źródło wody mineralnej, która, choć lodowata, smakuje wybornie. Poimy się ile wlezie, żeby tylko zabić głód i oszukać raz po raz odzywające się żołądki.

W końcu, za kolejną serpentyną, wyłania się miejscowość Gadauri, znajdujemy restaurację i obżeramy się jak tłuste wieprze. Dziś, gdy zerkam na Google Maps, ilość barów i restauracji po drodze jest już naprawdę spora. Gruzini korzystają z okazji, a Wy jeśli będziecie mieli możliwość, spróbujcie koniecznie szaszłyków z wołowiny serwowanych jedynie z surową cebulą. Krówki z wolnego wybiegu naprawdę dają radę.

Skoro pojedzone, ubrania po nocy wysuszone, to jeszcze musi być pojeżdżone. Chmury są coraz niżej, albo to my wznosimy się z każdym pokonanym kilometrem. Widoczki zapierają dech w piersiach, moc i siła Kaukazu ukazuje się nam w pełnej krasie.

Dziś zapewne ta sama droga wygląda zgoła inaczej, ale jeszcze dziesięć lat temu nawierzchnia pozostawiała wiele do życzenia. Na rowerze to akurat nie miało większego znaczenia, ale przeprtawa samochodem była dla każdego kierowcy zapewne wymagająca.

To, co chwilę wcześniej wydawało nam się średnią nawierzchnią, za tunelem zamieniło się w tumany kurzawy wybijającej się spod kół ciężarówek. Dziura na dziurze, dziurą pogania. W pewnym momencie nawet odpadła mi sakwa, ale przemiły kierowca Łady wprawnym ruchem kierownicy ominął zagubiony ekwipunek, dając jednocześnie znać klaksonem, że coś jest nie tak.

My już wiemy, że najtrudniejsza część trasy za nami, skończyły się podjazdy i teraz jedyne, co nam przyjdzie, to zjechać w dolinę, delektując się widokami i cieszyć siłą rozpędu. Naszym oczom ukazuje się symbol Gruzińskiej Drogi Wojennej: Pomnik Przyjaźni Rosyjsko-Gruzińskiej.

Zastanawiamy się, jaka to jest de facto przyjaźń, skoro kilka lat wcześniej do Gruzji wkroczyły rosyjskie czołgi. Pytamy miejscowych, jak oni patrzą na to ze swojej perspektywy. Praktycznie każdy Gruzin jest przekonany o tym, że Rosjanie jako ludzie to ich przyjaciele, ale polityka to już zupełnie inna para kaloszy.

Suniemy dalej non stop z górki, nastroje są świetnie ponieważ wiemy, że do celu mamy naprawdę niedaleko. W dodatku okoliczności przyrody są nadzwyczajne.

Jak widać, wysoko w górach swobodę mają nie tylko krowy, ale również koniki i osiołki, które, kompletnie niewzruszone, dostojnie kroczą środkiem drogi prowadzącej nas do celu naszej wyprawy.

W tak doborowym towarzystwie docieramy do progu lodowca i miejscowości Sthepantsminda. Jesteśmy zmęczeni, ale dumni z siebie nawzajem. Daliśmy radę i oto jesteśmy tam, gdzie jeszcze kilka tygodni wcześniej nie marzyliśmy nawet się znaleźć. Misja wykonana, przygody, które nas spotkały, zapamiętamy do końca życia. Było warto podjąć ryzyko i wyruszyć nad Morze Czarne bez planu. Spontaniczna wyprawa okazała się mega sukcesem, za co jestem wdzięczny Marcinowi i Jackowi. Dzięki Panowie!

Od naszej wyprawy minęło dziesięć lat i cały ten czas poświęciłem na pasję, którą jest, a jakże, rower. W zeszłym roku postanowiłem całkowicie zmienić swoje dotychczasowe życie i założyliśmy z przyjacielem Bartkiem serwis rowerowy Vuelta w Warszawie przy ul. Częstochowskiej 2, do którego Wszystkich serdecznie zapraszamy. Poza serwisem jesteśmy również aktywnymi rowerowymi rodzicami i uprawiamy kolarstwo wspólnie z naszymi dziećmi. Równolegle rozwijamy projekt www.bajkids.pl i zostaliśmy oficjalnym dystrybutorem lekkich rowerów dla dzieci marki KUbikes na Polskę. Będzie nam naprawdę miło, jeśli odwiedzicie naszą stronę internetową www.bajkids.pl, na której możecie nabyć lekkie rowery dla dzieci oraz niezbędne akcesoria ułatwiające wspólne uprawianie kolarstwa. Zapraszamy również na nasze strony na Facebooku https://www.facebook.com/VueltaSerwisRowerowy i https://www.facebook.com/bajkids oraz kanał na Youtube.

PS. Marcinas już planuje reedycję wyprawy, więc zobaczymy, co z tego wyjdzie:)

Jestem aktywnym rowerowym Tatą, żyję każdym dniem i doceniam to co mam i cieszę się z małych rzeczy. Chcę aby dzieciaki miały najlepsze możliwe dzieciństwo, pełne aktywności fizycznej, aktywnego poznawania świata bez telefonów, tabletów i social media. Pracuję nad tym każdego dnia. Poza tym założyłem z przyjacielem serwis rowerowy i promujemy lekkie rowery dla dzieci bo sprzęt robi niesamowitą różnicę. Uwielbiam rower i uważam, że aktywność fizyczna poprawia nasz komfort fizyczny i psychiczny i mam nadzieję, że miło się Wam czyta moje wpisy:)

Leave a Reply

%d bloggers like this: